Karpiński Adam Tadeusz* por. obs. inż.

Autor: Sebastian Nowosad. Ostatnia aktualizacja Jan. 18, 2018, 2:18 p.m.

Tagi:

Karpiński Adam Tadeusz* por. obs. inż.

Urodzony 16.12.1897 r. w Turce nad Stryjem, jako syn Stanisława i Zofii. Po ukończeniu gimnazjum w Cieszynie rozpoczął studia na politechnice. W dniu 14.10.1915 r. wcielony został do wojska austriackiego, w którym służył w 15 PP. Od 1.07.1916 r. pracował jako laborant-chemik w laboratorium wojskowym armii austriackiej w Lublinie. Na początku stycznia 1917 r. skierowany został do szkoły oficerskiej, po ukończeniu której powrócił do pracy chemika wojskowego w Lublinie.


Po wstąpieniu do Wojska Polskiego został dowódcą plutonu (8.11.1918 r.), a następnie dowódcą kompanii w 23 PP. W okresie od 10.10.1919 r. do 1.03.1920 r. przebywał na kursie obserwatorów w OSOL. W stopniu podporucznika pozostał w szkole jako instruktor. W czerwcu 1920 r. otrzymał przydział obserwatora w 12 EW i wraz ze swoją eskadrą wyruszył na front. W trakcie swej służby frontowej wykonał 49 lotów bojowych. Często zdążało się, że startował kilkukrotnie w ciągu dnia, nierzadko latał przy niesprzyjających warunkach pogodowych. Brał udział w lotach bojowych aż do zawieszenia broni w listopadzie 1920 r. W październiku 1920 r., będąc w stopniu podporucznika, otrzymał tytuł i odznakę obserwatora na czas służby w wojskach lotniczych.


Przeniesienie do rezerwy otrzymał w dniu 25.04.1922 r. W roku 1930, jako oficer rezerwowy, otrzymał przeniesienie z 1 PL do 3 PL, a następnie do 5 PL.


Odznaczony został Srebrnym Krzyżem Orderu Wojennego Virtuti Militari nr 8093, Krzyżem Walecznych a także Polową Odznaką Obserwatora nr 63.


Tak wspominał swoje pierwsze szlify na froncie na łamach Młodego Lotnika:

Pierwszy lot bojowy.

... Obudzono mnie, że to mam lecieć. Wyjrzałem przez okno. Słońce właśnie wschodziło i zapowiadał się piękny dzień. Spieszyłem się bardzo z ubieraniem i nie wiem, czy ten pośpiech, czy lekki chłód wczesnej godziny sprawiał, że trochę drżały mi ręce, kiedy zapinałem kombinezon. Napiłem się kilka łyków herbaty, jeść nic nie mogłem i poszedłem ku hangarom. Był tam już dowódca eskadry, który mi wręczył dwa arkusze map danego odcinka frontu i powiedział, że sam ze mną poleci. Wyciągnięto maszynę. Mechanicy próbowali silnik, zbrojmistrz przyniósł 4 bębny amunicyjne do Levis’a— i zapytał mnie, czy dosyć, przyniósł kilka bomb — i znowu zapytał, a ja naprawdę nie wiedziałem, co powiedzieć, bo byłem z piechoty i wystrzelanie 4X97 ładunków uważałem w duszy już za oznakę ogromnej wojny — nic nie mówiąc o bombach.

Mój dowódca dał mi takie wskazówki: że jak będzie nad jakimś celem krążył, żebym strzelał; jak rękę podniesie, żebym odbezpieczył bombę i przygotował się do rzutu, skoro rękę opuści, żebym bombę wypuszczał.

Wreszcie, wsiadając już w aparat, z uśmiechem zauważył, że niedawno jeden świeżo przybyły obserwator zgubił w pierwszym locie mapę, więc żebym na swoje uważał. Polecieliśmy. Śledziłem uważnie drogę. Minęliśmy Bobrujsk, rzekę, zobaczyłem okopy przyczółku mostowego. Front. Dotychczas nie czułem nic szczególnego. Byliśmy nad swoimi i bezpieczni. Dopiero po przebyciu linji nieprzyjaciela przyszła mi na myśl nowość sytuacji: że jestem po tamtej stronie frontu i że to, co ja teraz widzę, tego nie może zobaczyć ani żołnierz w rowie, ani sam generał, ani sztab—nikt—tylko ja, przez dobrą, starą L.V.G.— C 6 niesiony.

I zrobiło mi się błogo, radośnie, bo poczułem na sobie wielką odpowiedzialność: żeby wszystko dojrzeć, trafnie rozpoznać i jasno zdać sprawę. Zacząłem się pilnie rozglądać; szukałem objektów dla wywiadu. I tu rozczarowanie. Nic. Kraj sobie taki, jak tam „u nas”. Tak samo słońce świeci na dojrzewające zboża, tak samo we wioskach dymy się ciągną z kominów, a zresztą jest spokojnie i pusto. Jakby wojny wcale nie było. Lecimy wgłąb, jesteśmy już około 15 km. za frontem. Tu już krowy się pasą na łąkach, furmanki gdzieniegdzie widać, ale nic „wojennego“. Przybywamy wreszcie nad jakąś osadę. Nie miałem jeszcze czasu rozpoznać jej nazwy na mapie, aż tu widzę, że pilot daje mi znak, żebym uważał. Uważam więc, ile mogą, wpatruję się w każde podwórko, a podczas tego maszyna skręca wzdłuż wioski, przelatuje ją, zawraca i znowu leci ku niej. W pewnej chwili widzę podniesioną rękę dowódcy.

Wiem, co to znaczy i chwytam bombę (leżały one wszystkie na podłodze mego przedziału, tuż przy nogach). Wyciągam drut i wystawiam owe 12 kg. żelaza i materjału wybuchowego poza kadłub. Dziwię się w duchu, nie wiem, co to właśnie mam zwalczać, bo nic podejrzanego nie widzę, ale jestem starym żołnierzem i rozkaz, to dla mnie świętość. Ręka opada. I moja bomba wylatuje, a za nią mój wzrok ciekawy, co też to będzie. Mijają długie sekundy. Wreszcie widzę słup dymu z ogrodu koło jakiegoś domostwa wystrzelający - bezgłośnie. Dziwne są te pierwsze wrażenia. Człowiek przywykł wybuchy nie tylko widzieć, ale słyszeć - przedewszystkiem słyszeć te rozdzierające uszy trzaski pękających granatów, a tutaj to tak się cicho dzieje - jakby w kinie.

Wyjaśnienie proste: 200 KM. silnika tak hałasuje, że głuszy wszystko inne, a do brzęku maszyny ucho przywyka po pewnym czasie lotu. Mój pilot i nauczyciel nie był zadowolony z wyniku. Jeszcze jedną bombę położyliśmy na tę nieszczęsną wioskę — nie wiem z jakim skutkiem — i polecieliśmy dalej. Przez krążenie na jednem miejscu i zajęcie bombami straciłem poczucie kierunku, a że kompasu na samolocie nie było i mój kieszonkowy był zbyt pod kombinezonem niedostępny, więc od tej chwili stałem się żywym inwentarzem maszyny, częścią ładunku bojowego, który pilot transportował, gdzie sam wiedział i chciał.

Lecieliśmy nad jakąś drogą. Mogła to być jedna z wielu dróg, które widziałem na mapie. Potem skręciliśmy w prawo ku jakiejś innej odległej szosie i znowu nad nią się posuwaliśmy. Byłem właśnie zagłębiony w studjowaniu mapy, kiedy silnik przycichł i zaczęliśmy gwałtownie planować. W pierwszej chwili pomyślałem, że się coś na dobre zepsuło, zerwałem się i przechyliłem ku pilotowi. Obejrzał się, uśmiechnął i pokazał palcem dwa wozy na szosie. Zbliżaliśmy się do nich szybko, tak szybko, że zanim zdążyłem rozpoznać, co na nich wiozą, byliśmy już tuż nad nimi, pochyleni w ostrym wirażu. Silnik znowu szedł na pełnych obrotach, ziemia, kantem stojąca, wirowała, a ja, trzymając się za obrzeże wieżyczki, wpatrywałem się — nic nie rozumiejąc, w konie, cwałem gnające 50 m. podemną. Wreszcie skończyliśmy tę inspekcję i oddaliliśmy się. Słońce było za nami, lecieliśmy więc z powrotem. Zająłem się znowu mapą. Trzeba było przecież dowiedzieć się, gdzie jestem. Pilota wstyd zapytać, to też sam starałem się rozwiązać zagadkę, wypatrując ciągle wybitniejszych punktów orjentacyjnych na ziemi.

Wreszcie dojrzałem przed sobą pasemko jasne - Berezynę. Mijamy pozycje, z przebiegu dróg ustalam miejsca, które widzę - znalazłem. Zadowolony, chcę s!ę porozumieć z pilotem, chcę zapytać, czy dobrze postawiłem rozpoznanie (swoją drogą mapy były dawno drukowane i mało dokładne). Podsuwam mu mapy, palcem ukazuję linję lotu, a tu wiatr porywa mi jedną po drugiej, tak jak były na sobie złożone. Porwał i długą chwilę widziałem je obie daleko za ogonem maszyny wolno opadające. Zawstydziłem się mocno. Usiadłem i aż do wylądowania czułem się nieszczęśliwym. Potem w kancelarji eskadry otrzymałem nowy zbiór map - i to bez jednego słowa przygany. Potem było pisanie raportu. Gdzie i co widziałem? - Nasze lin je i okopy nieprzyjaciela. Co więcej?—Dwa wozy. Dlaczego nie strzelałem do tego transportu, skoro miałem taką świetną sposobność?- Bo nie wiedziałem, że można i trzeba. Oczywiście to wszystko zostało w rozmowie między mną a dowódcą, a nie w sprawozdaniu, które on sam ułożył i które wspólnie podpisaliśmy!

Te bomby, jak się podczas obiadu dowiedziałem, były wymierzone przeciw nieprzyjacielskim magazynom amunicji, a moja nieudolność okazała się zwykłym i rychło przemijającym objawem nieopanowania nadmiaru nowych wrażeń.


Mój drugi lot.

Ów lot był już zupełnie samodzielny. Dostałem rozkaz wywiadu w strefie przyfrontowej do miejscowości, położonej kilkadziesiąt kilometrów na północ od Bobrujska i miałem wracać wzdłuż pozycji. Moim pilotem był podoficer, mający za sobą pewną niewielką ilość lotów bojowych. Zabrałem normalną w naszej eskadrze porcję bomb i nabojów, mapy przezornie na deski naklejone i poleciałem. Obserwowałem już naprawdę; zawsze byłem w stanie powiedzieć, gdzie się znajdujemy. Szczególną przyjemność znajdowałem we wskazywaniu pilotowi, którędy pragnę lecieć. Widziałem różne rzeczy, które skrzętnie notowałem. Pojedyńczych jeźdźców, śpieszących dokądś, długi tabor, ciągnący szosą, którego, dziwną kierowany łagodnością, nie ostrzeliwałem.

Wreszcie dolecieliśmy do wskazanej mieściny. Przez nią droga wiedzie ku frontowi. Posuwamy się nad nią. Widzę most na jakiejś rzeczce. Oczywiście, gdybym ten most zniszczył, uniemożliwiłbym nieprzyjacielowi transporty do pozycji. Zdecydowałem się na działanie. Dałem pilotowi znak, że będę rzucał bomby. Obniżyliśmy się i rozpocząłem bombardowanie. Pierwsza bomba nie wybuchła wcale, bo zapomniałem z przejęcia o odbezpieczeniu. Druga wybuchła, jak należy, ale nie czyniąc nikomu krzywdy, w szczerem polu. Trzecia i czwarta spadały już bliżej celu, ale zawsze jeszcze nieszkodliwie. Zmarnowawszy w ten sposób mój ciężki arsenał, myślałem, że to już zupełnie skończona na dziś wojna i skierowałem się ku domowi, lecąc mniej więcej nad rzeką, która była ogólną linją frontu.

Słońce zachodziło. W okopach jakby żywej duszy nie było. Zobaczyliśmy przed sobą wieś, leżącą pa naszej stronie rzeki, a więc, jak sądziliśmy, przez nasze oddziały zajętą. Zniżyliśmy się nad samą ziemię, chcąc pozdrowić z powietrza dzielnych przyjaciół, tembardziej, że mnóstwo ludzi widać było na drodze i w podwórkach ...

Przelatujemy nad samą wioskę. Wychylam się z maszyny i ręką powitalnie macham... A na to. jakby na komendę - piekło się otworzyło pod nami. Karabiny maszynowe i ręczne poczęły grać swym najszybszym ogniem. Blisko byliśmy, więc i odgłosy przedzierały się do nas, mimo stuku silnika i błyski niemiłe widać było. Sklejka wyprysła koło mnie w przedziale, zaraz potem wyrosła dziura koło nogi pilota. Z wściekłością zrozumiałą jąłem się karabinu maszynowego. Pilot otworzył gaz, i cisnąc maszynę tuż nad ziemią, gnał, podczas gdy ja opróżniałem bęben za bębnem. Za minutę mieliśmy spokój. My obaj wyszliśmy cało z tej awantury, ale biedna maszyna - ta miała za swoje: 8 kul zostawiło w skrzydłach i kadłubie swe ślady. Mechanicy mieli trochę kłopotu z zaklejeniem - i potem wszystko znowu było dobrze. ...


Jeśli posiadają Państwo materiały, które mogą uzupełnić lub wzbogacić artykuł prosimy o kontakt za pomocą

Źródła:

G. Łukomski, B. Polak, A. Suchcitz, Kawalerowie Virtuti Militari 1792-1945. Wykazy odznaczonych za czyny z lat 1863-1864, 1914-1945, Koszalin 1997.
J. Zieliński, W. Wójcik, Lotnicy-kawalerowie Orderu Wojennego Virtuti Militari, t. I. Wojna polsko-bolszewicka 1919-1920 r., Warszawa-Toruń 2005.
Karpiński A., Moje dobre czasy, Młody Lotnik, nr 6, 7-8, 1926 r.
Dziennik Personalny M.S.Wojsk., Nr 40 z dn. 20.10.1920 r.
Dziennik Personalny M.S.Wojsk., Nr 10 z dn. 12.03.1921 r.
Dziennik Personalny M.S.Wojsk., Nr 41 z dn. 27.10.1922 r.
Dziennik Personalny M.S.Wojsk., Nr 15 z dn. 11.11.1928 r.
* Dziennik Personalny M.S.Wojsk., Nr 12 z dn. 26.10.1933 r. s. 262 (sprostowanie imion).
Dziennik Rozkazów Wojskowych M.S.Wojsk., Nr 7 z dn. 25.03.1930 r.
Rocznik oficerski 1924, Ministerstwo Spraw Wojskowych - Oddział V Sztab Generalny, Warszawa 1924.
Rocznik Oficerski Rezerw, Ministerstwo Spraw Wojskowych Biuro Personalne, Warszawa 1934.



Wszystkie artykuły umieszczone w serwisie bequickorbedead.com są własnością twórców witryny, wymienionych w zakładce "O autorach" i są chronione prawem autorskim.

Informujmy, że zgodnie z przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. z 2006 r. Nr 90, poz. 631 z późn. zm.), kopiowanie, modyfikowanie, powielanie i wykorzystywanie zawartych na stronie bequickorbedead.com materiałów tekstowych, zarówno w całości jak i we fragmentach, wymaga pisemnej zgody twórców witryny.

Zobacz podobne artykuły: